< > wszystkie blogi

Sajmarskie Bajania

Nie ma to jak dobra intryga - najważniejsze jest w końcu niewidoczne dla oczu ;)

Sajmarskie Bajania - Rozdział II

7 June 2021

ROZDZIAŁ DRUGI – GRAFITOWE PSALMY

Sajmonella starał się nie przysnąć w siodle, choć oczy ciążyły mu już jak brak słów. Jechali od rana w absolutnej ciszy, stary fajter nawet nie wzdychał. Od czasu do czasu czuł na sobie jednak jego oceniające spojrzenie. Nie wiedział, dlaczego po powrocie od sołtysa Maćko bez zbędnych ceregieli kazał mu się spakować i wyjechać razem z nim. Od tamtego momentu nie zamienili już bowiem ani słowa.
Maćko właściwie nie wiedział, dlaczego po powrocie od sołtysa, bez zbędnych ceregieli kazał się chłopcu spakować i wyjechać razem z nim. Od tamtego momentu nie zamienił z nim już jednak ani słowa. Może wzruszyło go poświęcenie Sajmonelli, warującego pod drzwiami, czuwającego nad jego spokojnym snem. Bezinteresowność czynu. Niewielu znał ludzi czyniących dobro dla samego dobra. Może to te drwiące spojrzenia innych mieszkańców Helmsby wzbudziły w nim litość dla prostego chłopaka? A może po prostu zrobiło mu się żal, że ktoś poczciwy musi żyć w tej samej wsi co zapity sołtys o nazwisku brzmiącym jak egzotyczna choroba? Odkąd wyruszyli, zdążył dokładnie przyjrzeć się młodzieńcowi. Całkiem nieźle trzymał się w siodle, nawet w galopie, choć nie wyglądał na zaprawionego jeźdźca. Jego wychudzone ciało zdawało się kołysać razem z wiatrem, który łopotał znoszoną, szarą koszulą. Na pierwszy rzut oka nie było w nim nic niezwykłego, a jednak...
Stary fajter westchnął w duchu. Nie wiedział jeszcze, co zrobi z chłopakiem. Na razie jechali.
Gospoda o zachęcającej nazwie „Przestrzenna" wyrosła za zakrętem czechowskiego traktu w samą porę. Dzień miał się już ku końcowi, podobnie jak i Sajmonella, zsuwający się coraz częściej z siodła. Lowkick uśmiechnął się na myśl o nocy spędzonej z dala od dzieci. I o misce ciepłej kaszy.
Karczma była prawie pusta. Kilku gości niespiesznie zapijało kolację przy jednym ze stołów, nie zwracając szczególnie uwagi na nowo przybyłych. Właściciel przybytku był bardziej towarzyski. Dwie miski z potrawką z wiewiórki i ciemny bochen chleba wylądowały na stole zanim Maćko zdążył sięgnąć do kiesy. Córka gospodarza zafalowała spienionym w przyniesionych kuflach piwem, a w drodze powrotnej do kuchni falowała już tylko sobą. Sajmonella przywarł natychmiast do miski ze skupieniem godnym lepszej sprawy.
Maćko tymczasem schował kiesę lżejszą o zapłatę za nocleg i najświeższe informacje. Karczmarz wymruczał co prawda niewiele, zapewne z lęku przed bandycką zemstą, ale wymruczał wystarczająco. Wyglądało na to, że nie musieli się spieszyć. Lowkick pochylił się w zamyśleniu nad gorącą strawą.
ˑˑˑˑˑ
Mgła poranka podnosiła się bardzo powoli, ociężale, niechętnie ustępując pola ciepłym promieniom słońca. W tej cienistej okolicy dni rzadko przebijały się przez noce, a gęste zarośla i stłoczone korony drzew przyjaźniły się z mgłami i półmrokiem na śmierć i życie. Niewielu ludzi mieszkało w stankowej dziedzinie, głównie życiowi pustelnicy i ludzie wykolejeni z dziada pradziada, którzy bardziej od chłodu bali się tylko towarzystwa. Jak we wszystkich mrocznych krainach, zazwyczaj było tu nadzwyczaj spokojnie.
Jeźdźcy wsunęli się w wąską ścieżkę niczym węże. Sajmonella zerknął na Macieja, pewnie zagłębiającego się w leśną przecinkę. Podziwiał jego niezalękniony spokój - sam nigdy nie zapuściłby się w te strony. Wijąca się nad urwistym brzegiem rzeki dróżka prowadziła na wschód, w głąb lasu. Główny trakt dawno temu zostawili już za sobą. Zwarty tunel z gałęzi, rozpościerający się nad ich głowami przywodził na myśl scenografię ostatniej wędrówki człowieka. Sajmonella zamknął oczy. Jeśli na końcu tego tunelu miało czekać na nich światło, nie chciał tego widzieć. Po prawdzie, bał się też wodników, leśnych rusałek i innych mieszkańców gęstych lasów. W ciemnym świecie za powiekami od razu poczuł się lepiej. Jedynie szum rzeki na dnie przepaści z prawej strony nie pozwalał mu się całkowicie odprężyć.
Maciej spojrzał na chłopaka beznamiętnym wzrokiem. Nie dziwił go wcale lęk młodzieńca, okolica nie należała do najprzyjemniejszych. O okolicznych borach krążyło wiele opowieści, niektóre nawet prawdziwe. Tymi najgorszymi, o oślizgłym, przebiegłym Bumcynglu, który wdzierał się przez uszy straszono dzieci po wioskach. Te o Grafitowym Dziedzicu wyszeptywano jedynie po kątach.
Maszerowali gęsiego już piątą godzinę, bez niepotrzebnego pośpiechu, ostrożnie prowadząc konie za uzdy. Droga była tak wąska, że o jeździe nie było mowy. Sajmonella otworzył oczy już jakiś czas temu, kiedy wyrżnął głową w nisko wiszący konar. Wielkim guzem na środku czoła przejmował się teraz bardziej niż osławionym Bumcynglem. Wzdrygnął się, kiedy coś zaszamotało w zaroślach. Sikorka. To tylko sikorka. Odetchnął z ulgą. Miał nadzieję, że nie będą nocować w lesie.
Pół godziny później Maćko zarządził postój na niewielkiej polanie, pomiędzy potężnymi dębami. Rozkulbaczenie koni i zaparzenie kawy pozostawił Sajmonelli, chłopak musiał się w końcu do czegoś przydać. Oparty o chłodny pień drzewa pociągnął łyk wody z bukłaka, obserwując jak jego młody towarzysz sprawnie radzi sobie z wierzchowcami. Wieśniak może i nie był najostrzejszym nożem w kredensie, ale na pewno miał dryg do codzienności. Stary fajter uśmiechnął się do swoich myśli. O Sajmonelli jeszcze usłyszą, nawet jeśli tylko raz. Tego był pewien.
Postój nie trwał długo. Niedawno minęło południe, jednak do przebycia mieli nadal szmat drogi. Maćko także liczył na to, że dotrą do celu podróży przed nocą. Jego towarzysz był za słaby psychicznie, aby szlajać się nocą po okolicach Stanka, nawet pod jego opieką. Ruszyli dalej zaraz po pierwszej kawie bez przepitki.
Kiedy cienie zarośli nabrały wieczornej barwy, Sajmonella omal nie stracił głowy. Całkiem dosłownie. Lowkick w ostatniej chwili dostrzegł cienką jak wodzionka, metalową linkę, rozciągniętą w poprzek drogi pomiędzy drzewami.
- C-co to jest? – chłopak z szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w pobłyskującą zachodzącym słońcem linkę na wysokości jego gardła. Przelotna sugestia wyobraźni sprawiła, że miał ochotę zemdleć, ale teraz bał się nawet myśleć.
- Pułapka na kroserów. – Maćko przeciągnął paznokciem po ostrym jak brzytwa druciku. – Od czasu do czasu, co odważniejsi młodzieńcy, albo ci bardziej znudzeni, urządzają sobie wyścigi konne na tej drodze. Jest mrocznie, wąsko, niejeden już pogruchotał sobie kości spadając w przepaść. Idealne warunki do dowodzenia swojej bezmyślnej męskości. Zawsze jest przy tym sporo hałasu, jak to na wyścigach. A Grafitowy Dziedzic lubi ciszę...
- Grafitowy Dziedzic o-obcina głowy? – Sajmonella prawie udławił się własną śliną.
- Nie, on tylko rozciąga linki – Maćko uśmiechnął się szeroko. – Chodź, już niedaleko.
- Panie Lowkick... - młody wieśniak wziął głęboki oddech. Do tej pory nie miał odwagi zapytać, ale sytuacja zaczęła go przerastać. – Dokąd... dokąd my właściwie jedziemy?
- Tam, gdzie nikt inny nie ma czelności. – Stary fajter przeprowadził ostrożnie rumaka pod pułapką. – Do Dziedzicówki.
ˑˑˑˑˑ
Zytek rozejrzał się po zgromadzonych słuchaczach błyszczącym od procentów wzrokiem. Jego żona zdawała się zdeterminowana, aby jak najszybciej opuścić karczmę, choćby i wlokąc małoletniego syna za nogi. Mały Vamsi za nic nie wyszedłby teraz sam – siedział przed ojcem wpatrzony w niego jak w obrazek, chłonąc każde słowo. Podobnie zresztą jak i zebrani w gospodzie goście. Zaiste, Zytek miał talent do bajania.
- Downo, a w inszych stronach padają, że nigdy, nie widzioł baby jej krasy. Włosy mioła złote jak… nu, jak przenico na polu starego Jura. Gynste to było… pikne, gynste jak smoła. Łoczy takie samiuśkie. Nie było w nij nic, czegoś się mógł uczepić. Naczy tego, uczepić to i było się czygo… - Zytek przerwał opowieść i pośpiesznie pociągnął łyk piwa, starając się nie zwracać uwagi na bezlitosne spojrzenie żony. – Co ja to tego… ady, przeca. No i na to syćko, rozumicie, drzwi się łotwieroją i do izby wloz…
- Arunia! – wykrzyknął malec. Rozpalonym policzkom chłopca dorównać mogły kolorem jedynie nabrzmiałe już piwem oczy Zytka.
- Ano! – rozochocony przepitką mężczyzna z uśmiechem grzmotnął kuflem w stół, rozpryskując pianę na wszystkie strony. Kilku siedzących w pobliżu słuchaczy przetarło sobie policzki wierzchem dłoni. Nieznanym sposobem bujna czupryna przycupniętego u stóp ojca Vamsiego pozostała nietknięta. – Dobrze pamientosz! Arunia! I jok łon se ją zobejrzał, to z tygo wszystkiego rozumicie, Aruni…
- Ekhm! – żona Zytka odchrząknęła głośno, wskazując głową na malca. Mężczyzna był co prawda zbyt wstawiony by zatrzymać się wpół narracji, udało mu się jednak sprowadzić opowieść na bardziej obyczajne tory.
- Tego… Aruni… naczy, Arunia… stanął jak wryty! A co było potym…
A potem… cóż…
ˑˑˑˑˑ
Temperatura namiętności w niewielkiej izbie sprawiła, że oliwa w lampce wyparowała nim poruszył ją pierwszy płomień. Westchnął i on, gdy ona westchnęła, a na jego scyzoryku do golenia odbiła się scena, od której żyłka pękłaby nawet kurtyzanie.
Nie był to bowiem zwykły wieczór, niezwykle było to również spotkanie. Źrenice kobiety zwężały i rozszerzały się na przemian, gdy mężczyzna spopielał wargami jej i tak już dogorywającą spazmami szyję. Gdyby mogła, palcami przeszyłaby jego ciało na wylot, kiedy gorący oddech partnera zsunął się ku wezbranym półkulom, dygoczącym na krawędzi przyzwoitości. Nie to jednak zagotowało fusy, nie od tego powstała szczelina jęku na szybie izby otulonej światłem świec. Nie od tego wszystkie zmysły kobiety przegalopowały na wylot świadomości, nieomal pogrążając ją w próżni odczuwania.
Najwyrazistsze nadeszło, gdy ściśnięte dłonie kobiety uspokoiły się nieco, a dla mężczyzny był to znak, że czas najwyższy przesunąć swe wargi dalej na południe, aż po horyzont… Arunia Paladynowicz, zwany Grafitowym Dziedzicem, nie brał jeńców. Maruszka westchnęła resztkami sił, nie pamiętając potem, czy był to sen, czy omdlenie.
ˑˑˑˑˑ
Czuł w nozdrzach zapach zbliżającego się niebezpieczeństwa. Cierpka woń spoconego ze strachu ciała wzmagała zawroty głowy, szalejące w jego czaszce od poczucia bezsilności. Zapędzony w kozi róg, stracił nadzieję na jakąkolwiek przyszłość. Czekał niecierpliwie na zbliżającego się oprawcę, nie mogąc wydobyć ze ściśniętego gardła nawet westchnienia. Siedział przykuty do metalowego krzesła, na środku leśnego traktu. Było coraz chłodniej, choć świt miał się już ku końcowi. Kątem oka wyłowił ruch z prawej strony. Panna Świst drgała spazmatycznie na ziemi pokrytej zgniłym listowiem, bliska cichej agonii. Sklejone krwią i błotem włosy przykryły liście paproci, pomiędzy które osunęła się jej posiniaczona głowa. Tuż obok kobiety leżała Prządka. Nawet już nie parowała. Jej zamglone, nieruchome spojrzenie spoczywało na szarych świerkach po drugiej stronie ścieżki. Paladynowicz podniósł spocone czoło ku niebu, zaciskając zęby w bezsilnej wściekłości. Gdy i panna Świst w końcu znieruchomiała, zdał sobie sprawę, że teraz jego kolej. Nie pomylił się.
Korony drzew w oddali poczęły miotać się na wszystkie strony, jakby targane niewidzialną ręką huraganu. Dało się słyszeć grzmot potężnych stóp miażdżących przemarzniętą ziemię, z początku przytłumiony, potem coraz donośniejszy. Bestia zbliżała się powoli, lecz nieubłaganie. Arunia bezskutecznie starał się przecisnąć ślinę przez zaciśnięte gardło. Stojące o kilkanaście metrów od niego świerki zafalowały, a tupot bosych stóp niemal go ogłuszył.
Zamknął oczy. Bumcyngiel już tu był.
Gdy ponownie je otworzył, ujrzał przed sobą niewielką, nieco ponad metrowego wzrostu postać. Krasnal musiał mieć około stu lat, zaczynał już bowiem mocno łysieć. Nalane policzki podpierały niemrawe oczy, które przyglądały się uważnie Paladynowiczowi. Wydatne usta ściągnęły się w grymasie niezadowolenia, a pokaźny brzuch zafalował malowniczo, gdy jego właściciel obrócił się nagle gwałtownie plecami do mężczyzny.
- Nie, nie, nieee… – zajęczała żałośnie postać, potrząsając głową. – Nie, mój słodki, nieee… za chudy, za chudy…
Krasnal rzucił Aruni ukradkowe spojrzenie przez ramię, przestępując z nogi na nogę.
Jego skwaszona mina zawiedzionego dziecka mówiła wszystko.
- Nie-e… nieee… – Bumcyngiel zaczął pochlipywać, pociągając głośno nosem. - Nie-eee… za brzydki… za brzydki…
Zdawało się, że krasnal za chwilę usiądzie na ziemi i rozpłacze się w głos. Bumcyngiel nagle jednak obrócił się ponownie w stronę Paladyna. Złośliwy uśmiech niespodziewanie odnalezionej nadziei rozświetlił zapłakaną twarz.
- Ale może nie głupi, co, mój słodki? Taaak, taaak… może nie głupi…
Stwór wskoczył zwinnie na kolana mężczyzny. Arunia patrzył z przerażeniem, jak z ust krasnala, o kilka centymetrów od jego twarzy, wysuwa się długi język. Mężczyzna nie był w stanie poruszyć głową, nie mógł wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Zacisnął tylko mocniej skrępowane pięści. Koniuszek języka przesunął się po mostku Paladyna w górę, owinął się mu wokół szyi, pozostawił długą smugę śliny na jego czole i policzkach. A potem… a potem gwałtownie wpadł do lewego ucha. Arunia czuł jak lepki, mokry język oplata mu mózg, szalejąc wewnątrz jego czaszki niczym rozdrażniona kobra. Zanim miotany dreszczo-spazmami wywrócił źrenice na drugą stronę, zdążył zauważyć, że świerki przybrały różowy kolor. Ostatnie spojrzenie padło zaś na jaskrawożółte niebo za plecami krasnala, na którym zarysowała się nagle postać Maruszki.
- Dzi…. Dziedzicu! Dziedzicu!
Arunia poderwał się gwałtownie. Leżał w ciemnej izbie obok kuchni, cały zlany potem. Przez brudne okno wpadało do środka mdłe światło księżyca. Panowała głęboka cisza, przerywana jedynie jego szybkimi, płytkimi oddechami. Dłonie mężczyzny zaciskały się na grubej pierzynie tak mocno, że pomimo panującego półmroku można było bez trudu dojrzeć zbielałe kłykcie. Sen, pomyślał z ulgą, nieco jeszcze oszołomiony, to był tylko zły sen. Spojrzał na przycupniętą w kącie, przerażoną Maruszkę. Gdyby mogła, wcisnęłaby się teraz nawet w mysią dziurę. Arunia opadł ponownie na łóżko z westchnieniem ulgi, przełykając głośno ślinę.
- Wybacz, Marucha, to był tylko zły sen – wymamrotał, starając się opanować zadyszkę. Wyciągnął rękę do dziewczyny. – Tylko zły sen. Chodź, Marucha, śpij.

Poranek dnia następnego wstał rześki jak wspomnienia minionej nocy, choć nieco chłodniejszy. Czuć już było nadchodzącą zimę. Dziedzic wystawił obolałe stawy na pierwsze promienie słońca, przebijające się z trudem przez ciemną ścianę lasu porastającego okoliczne wzgórza. Dziedzicówka była dobrze ukryta, w niewielkiej kotlinie pośrodku gęstego lasu, z dala nawet od szlaków uczęszczanych przez leśnych ludzi. Tak dobrze ukryta, że gdy usłyszał słaby stukot końskich kopyt, był przekonany, że przysnął. Kuna na poddaszu jednak zamilkła, a wiewiórki pospadały z drzewa przed domem szybciej niż orzechy. Nawet pies, gdyby jeszcze żył, pewnie by nie zaszczekał. Ktoś nadchodził.
Maćko nawet nie obrócił się na dźwięk łamanej gałązki. Wiedział bowiem dwie rzeczy. Po pierwsze, Dziedzica na pewno tam nie było, ta sztuczka na zmylenie uwagi przeciwnika była stara jak fajterski świat. Po drugie, na pewno by nie zdążył.
- Skradasz się jak twoja stara, Paladynowiczu. – Lowkick ścisnął mocniej lejce i przystanął w pół kroku. Na widok kuszy wysuwającej się powoli zza zarośli zmarszczył brew. Ostrzejsza strona bełtu skierowana była w jego stronę. Grafitowy Dziedzic pojawił się w całej krasie o ułamek sekundy później, spoglądając złowieszczo na starego fajtera. Mężczyźni przez chwilę mierzyli się wzrokiem w milczeniu, a mgła gęstniała wokół nich coraz bielej. W końcu Paladynowicz zdjął palec ze spustu i opuścił broń.
- Może to i prawda. – Arunia uśmiechnął się szeroko. – Dobrze Cię widzieć, Lowkick. Nawet w tak obskurwiałym towarzystwie.
Maćko westchnął. Sajmonella trzymał się sztywno w siodle, bełkocząc coś pod nosem. Jego twarz zdawała się blednąć coraz bardziej z każdą kolejną minutą. Przesuwał nieobecnym wzrokiem po bezkształtnej masie mgły pod końskimi kopytami, oddychając płytko. Maćko spojrzał zmęczonymi oczami na Paladynowicza.
- Miałem nadzieję, że zdążymy tu dotrzeć przed zmierzchem. Arunia, mówię ci, co to była za noc…
- Wiem, Lowkick – Dziedzic parsknął pod nosem. – Wiem. Chodźcie, może jeszcze da się go odratować. W stajni mam pod sianem resztki bimbru, żółędziówka prosto od Jagny.
- Myślałem, że mieliśmy go ratować, a nie dobijać. – Maćko rzucił przyjacielowi porozumiewawcze spojrzenie, uśmiechając się szeroko. – Prowadź.
Stajnia była ciepła i sucha, przyjemnie pachniała żołędziami i końskim nawozem. Mężczyźni zsunęli Sajmonellę z siodła na warstwę siana przy wrotach, przykrywając go szczelnie bronami. Arunia wlał mu do gardła ćwierć butelki brązowego bimbru, po czym sam pociągnął łyk dla zdrowotności.
- Chodź na kawę, pogadamy. – Dziedzic skinął głową na nabierającego kolorów chłopaka. – Ten niech tu trochę poleży, brony powinny wytrzymać napór procentów kiedy już oprzytomnieje. Nie będziemy się przecież nad nim trząść aż do śniadania.
Po drodze do Dziedzicowej sadyby Maćko dostrzegł na trawie świeże ślady stóp, biegnące od domu w stronę potoku. Spojrzał pytająco na Paladynowicza.
- Aaa tam, nie ma o czym opowiadać. – Arunia machnął ręką, nie zwalniając kroku. Po chwili zastanowienia, podjął jednak temat. – Wiesz, jaka teraz moda wśród młodzieży. Trafi się jakaś trochę mniej brzydka we wsi, to zaraz portrety każe sobie malować po jarmarkach, a jak już i w sąsiedniej wsi ją rozpoznają, to wpadnie do sołtysa albo i gospody, i daj jej jeść za darmo, spać za darmo, to rozpowie potem, żeś jest porządnym sołtysem albo karczmarzem co się zowie. Czasem zdarzy się, że i tu przyjdą, te bardziej bezczelne. Dla sławy, rozumiesz, że niby w Dziedzicówce spała, że znamy się jak łyse konie i takie tam. Patrzą na nią potem we wsi jak na wielką panią, zazdroszczą koneksji, męża szukają wśród pomniejszej szlachty. Mnie to nie przeszkadza, odpowiada nawet. Dobrze mi robi na stawy, kiedy zostają do rana, a imion i tak nie pamiętam, tyle tego teraz po świecie, że kto by spamiętał.
Paladynowicz otworzył ciężkie, dębowe drzwi chaty.
- No, ale dość o mnie, za długo tu chyba sam siedzę, rozgadałem się. Wchodź, zaraz coś się znajdzie na śniadanie.
Dziedzicowa izba niewiele się zmieniła od ostatniej wizyty Lowkicka. Kwiaty na oknie tylko jakby świeższe, słoma między belkami jaśniejszego koloru. Kurz ten sam. Gdy Arunia zniknął za drzwiami spiżarni, stary fajter westchnął w duchu, przesuwając palcem po sczerniałym parapecie. Nigdy nie przepadał za tą norą. Kamienne ściany, marmurowe posadzki, bieżąca woda – tak mógł żyć. Nie wytrzymałby w takiej ascezie nawet tygodnia, ale ostatecznie to nie on był najsławniejszym niegdyś fajterem Gildii. Nawet po odejściu z organizacji, legenda Paladynowicza nie słabła. Przeciwnie - można by rzec, że wzmagała się, zwłaszcza od czasu jego zniknięcia w okręgu stanka.
Dziedzic wrócił z szerokim uśmiechem, długim pętem kiełbasy i bochenkiem chleba bez omasty. Gdy zasiedli przy stole, wyczarował z kieszeni kapoty butelkę żółędziówki.
- No, do śmierci jakoś dożyjemy – rzucił zadowolony. – Zamieniam się w słuch.
ˑˑˑˑˑ
W powietrzu wisiała nie tylko woń końskiego nawozu i siana. Sajmonella był pewien, że śni. Obudził się zlany potem i wódką w jakiejś stodole. Dookoła było nieprawdopodobnie cicho, w zastanym powietrzu nie śpiewał żaden ptak, nawet wiatr nie przetaczał się z szemraniem po ścianach ze starych bali. Poczuł chłód i wilgoć. Musiało być około świtu, w pomieszczeniu robiło się bowiem coraz mniej szaro. Pod wyszczerbionymi u dołu wrotami stodoły kłębiły się w półmroku strzępy mgły. Nie czuł pod plecami chłodu klepiska, za to w kark ukłuły go źdźbła słomy, kiedy podniósł nieco głowę żeby rozeznać się w sytuacji. Odczekał chwilę, aż oczy przyzwyczają się do półmroku pomieszczenia.
Leżał na warstwie świeżej słomy, przygnieciony wielkimi, ciężkimi bronami z bukowego drewna. Kolce pośrodku były częściowo usunięte a rama dociążona, konstrukcja skutecznie unieruchamiała jego tułów, natomiast ramiona i uda były zakleszczone pomiędzy wbitymi płytko w ziemię, stalowymi zębami w kształcie włóczni. Bukowe brony? Sajmonella poczuł nadciągającą falę paniki. Nikt nie robił bron z tak twardego drewna. I te dziwne modyfikacje… Poruszył delikatnie stopami i dłońmi. Wszystkie kości całe. Kiedy do nozdrzy dotarł zapach wódki, chłopak pociągnął nosem kilka razy, dla pewności. Żołędziówka? Kto robi wódkę z… Zmarszczył brwi od narastającego ucisku pomiędzy skroniami. Głowa budziła się do życia, lecz co to było za życie. Chyba nie na sto, a na tysiąc sto procent – odór wódki zdawał się oblewać go niczym morskie fale, ale lepkie i gęste jak smoła. W pierwszym odruchu chciał zwymiotować, nie miał jednak czym. I wtedy przypomniał sobie starą legendę z dzieciństwa. Wódka z żołędzi, pułapki na ludzi. Zbielał. Baba Jagna. Porwała go Baba Jagna.
Zaczął się szamotać, bezskutecznie próbując zrzucić z siebie drewniane okowy. Przepite ciało nie nadawało się jednak do niczego, czuł jakby cały składał się z gumy. W pewnym momencie dostrzegł coś po drugiej stronie stodoły i znieruchomiał niczym mucha w pajęczynie tuż przed śmiercią, wstrzymując oddech. Jedynie rozpalone źrenice zalały mu przerażeniem całą gałkę oczną. Nie był sam. W powietrzu wisiała nie tylko woń końskiego nawozu i siana. W rogu pod powałą unosiło się coś, co na początku wziął za stare worki na ziarno albo zwitek szmat. W miarę jednak jak mrok ustępował miejsca szarości, prawda nabierała kształtów.
Postać rozpięta między belkami niczym nietoperz miała na sobie długi, czarny płaszcz i kaptur zakrywający twarz. Ubranie było miejscami lekko postrzępione, Sajmonella nie był jednak w stanie dostrzec choćby skrawka ciała, nigdzie nie wystawały stopy czy dłonie. Tak, jakby płaszcz unosił się sam. Dolna część falowała lekko na boki, reszta trwała nieruchomo. Chłopak wypuścił powoli powietrze. To pewnie tylko jakaś stara kapota, przemknęło mu przez myśl. Spokojnie. Zamknął oczy i odetchnął jeszcze kilka razy na tyle głęboko, na ile pozwalały mu brony. Ostatni oddech wypuścił z ulgą. Uspokojony nieco, powrócił do prób uwolnienia się z pułapki.
Nagle kaptur płaszcza uniósł się do góry, a powietrze wypełnił charczący szept. Sajmonella zaczął krzyczeć i szamotać się jak szalony, niepomny na raniące mu ramiona i nogi stalowe kolce bron. Głowę wypełniała chrapliwa melodia nieznanego języka, przebijająca się z łatwością przez jego okrzyki, oplatająca mu mózg niczym żmija. Nagle szept ustał, jakby nigdy go nie było. Zanim młodzieniec zemdlał z przerażenia, ujrzał jeszcze, jak postać szybuje spod powały w jego stronę, a potem znika pod wrotami stodoły, mieszając się z mgłą. Głowa opadła mu na pachnącą słońcem słomę i wywróconymi do tyłu źrenicami zanurzył się w ciemność.
 

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi