< > wszystkie blogi

Sajmarskie Bajania

Nie ma to jak dobra intryga - najważniejsze jest w końcu niewidoczne dla oczu ;)

Sajmarskie Bajania - Rozdział IV

7 June 2021

ROZDZIAŁ CZWARTY – RUDY AZOR

Wypadli w noc jak partyzanci – szybko, zwinnie, niepostrzeżenie. Gnali przed siebie pędzeni gniewem. I strachem. Gdyby dali się pojmać, może sprawy potoczyłyby się inaczej, ale ucieczka w takiej sytuacji oznaczała tylko jedno. Po zabiciu ich człowieka, agenci Gildii Fajterów będą najpierw strzelać, potem zadawać pytania. Paladynowicz nie zamierzał jednak oddawać się w ręce Cornamusy jak zwykły bandzior. Westchnął w duchu. Cała ta sprawa śmierdziała mu od samego początku.
Tunel prowadzący od spiżarni kończył się kilometr dalej, nad strumieniem. Wyjście było zamaskowane gęstymi zaroślami, rosnącymi między pniami zwalonych wiatrem i wiekem drzew. Ostatnio w te rejony nie zapuszczały się nawet wilki, ale Arunia wolał dmuchać na zimne. Od wejścia do tunelu fajterzy nie zamienili ani słowa. Najważniejsze było biec, gnać jak Dziki Gon. Dopiero nad potokiem Maćko zatrzymał się na moment, żeby złapać oddech. Cała sytuacja zaczynała go przerastać. Nie dam rady, pomyślał. Chyba nie dam rady.
- Arunia… zaczekaj chwilę – sapnął Lowkick, zginając się w pół i opierając dłonie na kolanach. Wziął głęboki oddech. – Zaczekaj chwilę. Muszę Ci coś powiedzieć.
- Maćko, kurwa. – Paladynowicz przystanął, w napięciu nasłuchując pogoni. – Teraz?!
Gdzieś w oddali dało się słyszeć trzask łamanych pod ciężkimi butami gałązek. Grafitowy Dziedzic ruszył natychmiast w dół potoku, nie czekając na odpowiedź. Kilka sekund później, Lowkick pobiegł w ślad za nim ze skwaszoną miną.
Po kilkuset metrach potok zakręcał na północ, minąwszy pozostałości kamiennego mostu. Maćko pamiętał to miejsce. Arunia pokazał mu kiedyś całą trasę ewakuacyjną, od włazu w spiżarni po bobrowisko za zakrętem strumienia. Na wszelki wypadek, wiesz jak jest, może się kiedyś przyda, może nie. Trzeba być optymistycznym pesymistą. Po drugiej stronie mostu, z prawej, była niegdyś bobrza tama. Zwierzęta wyprowadziły się już dawno, ale szkielet konstrukcji pozostał. Ledwo widoczna ścieżka prowadziła stamtąd na drugą stronę wzgórza i dalej, do wsi Grzmiąca, malowniczo posadowionej nad jeziorem.
Ścigani nie dotarli jednak nawet do starego bobrowiska.
Czekali na nich już przed mostem.


ˑˑˑˑˑ
Bezksiężycowa, deszczowa noc była ciemna, ciemniejsza niż zwykle. Czarna jak jego myśli. Jak pręgi na karku Curuxa. Jak sam skurwysyn. Kiedy trafili na wąski tunel pod podłogą spiżarni, pomknęli nim z prędkością spadającej gwiazdy. Nie było czasu do stracenia, ścigani i tak mieli już nad nimi sporą przewagę. Rygwach zaklął pod nosem, kiedy w ucho boleśnie trzepnął go wystający ze ściany korzeń. Miał nadzieję, że ten podziemny korytarz nie miał zakrętów – nie mogli zapalić pochodni, biegł więc zupełnie po ciemku, przywiązany liną do jednego z żołnierzy. Czuł wilgoć i chłód - musieli być niezbyt głęboko pod ziemią. Po kilku minutach poczuł na twarzy delikatny powiew świeżego powietrza. Nareszcie, westchnął w duchu z ulgą - nigdy nie lubił ciasnych pomieszczeń.
Zwiadowcy, którzy pobiegli przodem, czekali na resztę przycupnięci w zaroślach pomiędzy zwalonymi pniami drzew. Nieco poniżej wyjścia z tunelu szemrał strumień. Kapitan ze Świdnika zawahał się. Ruszenie w górę potoku, w las, byłoby cwane, wbrew podręcznikowej zasadzie pierwszego odruchu, ale fajterzy na pewno nie widzieli w ciemności tak sprawnie jak Curuxa. Musieliby zwolnić, a do tego Lowkick nigdy nie był wybitny kondycyjnie. Po krótkim czasie zapewne można byłoby już tropić ich na słuch. Rygwach sprawdził czy miecz gładko wychodzi z pochwy i skinął na zwiadowców. Oddział ruszył w dół strumienia.
ˑˑˑˑˑ
Tuż przed mostem Arunia dostrzegł ruch pomiędzy drzewami. Po latach spędzonych w stankowskich lasach widział w ciemności całkiem nieźle, a czego nie widział, wyczuwał niezawodnym instynktem. Przy kamiennej przeprawie zauważył dwa cienie, trzy kolejne przemykały między pobliskimi drzewami jak wilki. Przez chwilę nie był pewien, czy to zasadzka, czy niefortunny zbieg okoliczności. Kiedy jednak wokół zapłonęły pochodnie, jego wątpliwości uleciały wraz z dymem żagwi. Naliczył szybko trzynastu agentów. Byli otoczeni.
- Brawo, panie Lowkick, koncertowa robota – odezwał się stojący przy moście mężczyzna w granatowym płaszczu. – Doskonale pan sobie poradził. Podziwiam zdolności aktorskie, bo pewnie nie było łatwo przekonać przyjaciela.
Grafitowy Dziedzic spojrzał z niedowierzaniem na rzekomego przyjaciela. Maćko wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać.
- Musiałem, przepraszam – wymamrotał przygarbiony, spuszczając wzrok. Paladynowicz nie zaklął nawet w duchu. Ściągnął wargi i przeniósł lodowaty wzrok na człowieka przy moście.
- Szuarri – prychnął. – Za moich czasów, takie szumowiny jak ty się ścigało, a nie zatrudniało. Widzę, że w Gildii sporo się zmieniło, odkąd mnie nie ma.
- Sporo, to prawda. Jak widzisz, na lepsze – Szuarri uśmiechnął się cynicznie. Obrzucił szybkim spojrzeniem resztę agentów. Już prawie. – Jak to rozegramy, panie Paladynowiczu? Wiesz, komu mam cię dostarczyć, drogę znasz. Pójdziesz po dobroci, czy mamy ci pomóc?
Arunia zacisnął pięści, patrząc w milczeniu na tajniaka. Wątpił, żeby miał być gdziekolwiek doprowadzony – skoro był tu płatny zabójca, najpewniej za kilka metrów skończyłby z nożem w plecach „podczas próby ucieczki”. Szuarri przechylił głowę i westchnął teatralnie.
- Milczysz, hm? Skąd ta wrogość, mości Dziedzicu? Przecież nic ci nie zrobiłem. – Spojrzał znacząco na Arunię. – Jeszcze.
Za plecami Paladynowicza zachrzęściły rozdeptane liście. Zacieśniali krąg. Wokół cichutko zaszeleściły wysuwane z rękawów sztylety. Maćko zadreptał nerwowo w miejscu. Arunia wziął głęboki oddech i zamknął oczy. Uśmiechnął się pod nosem, rozluźniając pięści.
- I to był twój największy błąd – odpowiedział półgłosem, otwierając oczy.
ˑˑˑˑˑ
Rygwach podciągnął oddział tak blisko mostu, jak tylko się dało bez zwracania na siebie uwagi. Podczas odprawy nie było mowy o drugim oddziale pościgowym, a przed sobą widział w blasku pochodni odzianych w uniformy Gildii agentów. Naliczył trzynastu, w tym tego, który mówił. Wysoki mężczyzna w granatowym płaszczu. Miał wrażenie, że gdzieś natknął się już na tę twarz, ale nie mógł sobie przypomnieć gdzie dokładnie. Na pewno nie był to stały bywalec kwatery głównej. Może jakiś agent polowy incognito? Gildia miała ich w końcu całkiem sporo, rozsianych po najdziwniejszych zakamarkach kraju. Dlaczego jednak nikt go nie poinformował. Czyżby nie dotarły jakieś spóźnione rozkazy? Wahał się, czy wkroczyć, czy czekać na rozwój wypadków. Na razie przyczaił oddział w zaroślach, wydał szeptem wstępne polecenia. Zdecydował, że zaczeka. Coś było nie tak. Tymczasem agenci przy moście ustawili się w szyku, ale jeszcze nie ruszali. Mężczyzna w płaszczu powiedział coś z uśmiechem, Paladynowicz odpowiedział, ale kapitan ze Świdnika nie dosłyszał, co. I wtedy się zaczęło.
Pierwszy padł na ziemię Lowkick, ugodzony sztyletem przez jednego z bezpieczniaków. Gdy upadał na kolana, na jego twarzy malowało się kompletne zaskoczenie. Chyba zupełnie nie spodziewał się ataku na siebie. Dla kontrastu, Grafitowy Dziedzic zdawał się spodziewać wszystkiego. Gdy tylko skończyli rozmawiać, jeszcze nim Maćko padł na ziemię, gwałtownie przykucnął. Kiedy wyprężył się płynnie z powrotem do pionu, trzech nadbiegających agentów zafurkotało w powietrzu. Sekundę później grzmotnęli o ziemię z nożami w gardłach wbitymi aż po rękojeść. Czwarty puginał, wydobyty z cholewy buta, utkwił w piersi człowieka, który ugodził Lowkicka. Mężczyzna w płaszczu wykonał kilka kroków w tył, aby zrobić miejsce dla reszty napastników. Paladynowicz na ten widok rzucił się między drzewa. Ośmiu ludzi pognało za nim jak stado wilków. Rygwach w przeciągu następnych dwóch minut naliczył osiem zduszonych okrzyków dochodzących z ciemności, w której zniknęli. Gdy w blasku dogasających na ziemi pochodni zamajaczyła postać Aruni, świdnicki kapitan uznał, że najwyższy czas interweniować. Gwizdnął krótko i ruszyli. Od ściganych dzieliło ich jakieś 30 metrów, ale nim oddział dotarł na miejsce, mężczyzna w płaszczu już płonął, przybity pochodnią do ziemi. Po Paladynowiczu nie było ani śladu.
ˑˑˑˑˑ
Mężczyzna skończył czytać raport Rygwacha. Mimo wszystko, z satysfakcją. Pechowo się złożyło, że Grafitowy Dziedzic umknął, ale przynajmniej mieli chłopaka. No i udało się zatrzeć ślady jak należy, Maćko zginął. W tym momencie to najważniejsze, na Paladynowicza przyjdzie jeszcze czas, pomyślał. Nie bez powodu wybrał do akcji właśnie Lowkicka – średniej klasy agent, ale skuteczny, a przede wszystkim dobry aktor. Za dobry. Trzeba go było zlikwidować, tak na wszelki wypadek, zanim rozmyśliłby się w tym swoim miękkim serduszku. Już samo przekonanie go do wywabienia Paladynowicza z kryjówki było trudne, czasochłonne, nie obyło się bez szantażu. Nie było też do końca takie oczywiste, że stary fajter nie złamie się w kluczowym momencie.
Mężczyzna wstał od biurka i podszedł do okna. Na dziedzińcu oddział szturmowców zbierał się właśnie do wyjazdu na patrol. Żołnierze mieli grobowe miny. Wieść o zdradzie Grafitowego Dziedzica rozeszła się szybko w szeregach. Było co prawda wielu, którzy nie chcieli wierzyć w oficjalną wersję wydarzeń, większość jednak dała się przekonać, że Paladynowicz działał na szkodę Gildii. Ba, we współudziale z obcym wywiadem. Im większa i szlachetniejsza legenda, tym łatwiej ją potem obalić, mężczyzna wiedział to z doświadczenia. Zawistnych i małodusznych ludzi jest w końcu najwięcej. Odprowadził wzrokiem znikających za bramą konnych, po czym westchnął ciężko i wrócił do biurka. Już niedługo. Uśmiechnął się do swoich myśli. Niedługo.

 

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi